poniedziałek, 23 maja 2016

Nie samym szyciem człowiek żyje...czyli kilka słów o pasjach:-).

Przyznaję, tytuł dość przewrotny, biorąc pod uwagę fakt, że od ponad roku dzielę się z Wami swoimi szyciowymi poczynaniami i efektami tych poczynań.

Faktem jest, że szycie to chyba pasja numer jeden w moim ponad trzydziestoletnim życiu. I choć uprawiam ją niecałe trzy lata, to chyba niczego w sferze zainteresowań nie robiłam z taką intensywnością.
Aaaa przepraszam...przypomniało mi się - kilkanaście lat temu namiętnie brałam dezodorant do ręki, który pełnił funkcję mikrofonu i godzinami śpiewałam. Najchętniej w duecie z moją Celine Dion:-).
Kochałam to całym sercem i myślałam, że swoje zawodowe życie zwiąże z muzyką. Obecnie swój śpiew ograniczam do śpiewania podczas gotowania, jazdy samochodem, zabawy z dziećmi lub kąpieli:-).

Uwielbiam pasjonatów, ludzi, którzy odczuwają autentyczną przyjemność z robienia tego, co kochają/lubią. Bardzo lubię ten entuzjazm, radość i zaangażowanie które temu towarzyszą. Miły to widok dla mojego oka.

Nie będę tworzyć referatu o tym, dlaczego warto mieć pasję/e, ale podzielę się dziś z Wami moimi.

O szyciu pisać nie będę, ponieważ to, że uwielbiam to robić, stanowi fakt niezaprzeczalny:-).
Kiedy jednak nie szyję i nie jestem pochłonięta domem, obowiązkami itp., z wielką chęcią: gotuję, uprawiam fitness i czytam:-).

Gotowanie uwielbiam. Dużą inspiracją w moich kuchennych poczynaniach jest Pani Agnieszka Maciąg, jej wspaniała strona i niezwykle klimatyczne książki, do których często zaglądam.




Staram się zdrowo odżywiać, choć nie ukrywam, zdarza mi się kulinarnie grzeszyć.
Biorąc jednak pod uwagę fakt, że kiedyś dzień bez zupki chińskiej był dla mnie dniem straconym, a teraz nawet nie patrzę w jej stronę, uznaję, że poczyniłam krok milowy w kierunku zdrowego odżywiania.
W temacie żywienia wprowadziłam jakiś czas temu dużą zmianę, o której myślałam już od dłuższego czasu - prawie całkowicie odrzuciłam ze swojej diety mięso. Jem już sporadycznie tylko ryby.
W związku z tym, że reszta mojej rodzinki to mięsożercy, to muszę stwierdzić, że w mojej kuchni dzieje się:-).
Daję sobie jednak radę i staram się sprostać wymaganiom kulinarnym każdego z domowników.


Około 11 lat temu nie posiadałam w swojej szafie ani dresu ani butów sportowych. Potem poznałam mojego Męża, a wraz z tym rozwinęła się moja przygoda ze sportem.
W czasach, kiedy nie posiadałam dzieci, z wielką chęcią uczęszczałam na siłownię lub zorganizowane zajęcia w klubach fitness. Uwielbiałam to, a poziom moich endorfin rósł wtedy niesamowicie:-), nie wspominając o kondycji i samopoczuciu.
Obecnie uprawiam fitness domowy. Generalnie stwierdzam, ze najlepszym fitnessem, w dodatku zupełnie za darmo są...dzieci:-). Szczególnie te małe.
Ja poszerzyłam nieco swój fitnessowy repertuar i od grudnia 2015 staram się w miarę regularnie ćwiczyć w domu z Mel B. Jej filmiki i sposób w jaki prowadzi ćwiczenia bardzo mi odpowiadają. Uwielbiam te moje 30  - 40 minut, kiedy ja wyciągam matę, z dziećmi zostaje mąż, a ja zaczynam rozgrzewkę i słyszę z ekranu laptopa:  Gotowe, by ćwiczyć i nabrać świetnej formy?!!!:-)
Najbardziej jednak lubię, kiedy Synek woła do mnie: Mamusiu, ale zawołaj mnie jak już będziesz kończyć ćwiczenia. Oznacza to, że po 25 -35 min treningu mój Synek będzie wykonywał razem ze mną ćwiczenia relaksacyjno-rozciągające. Wierzcie mi, uroczy widok.


O zaletach czytania napisano już wiele, więc nie będę się rozpisywać. Czytać warto i jest to moim zdaniem fakt niezaprzeczalny. Uwielbiam czytać i nie wyobrażam sobie mojego domu bez książek. I choć obecnie czytam o wiele mniej niż kiedyś, to staram się znaleźć choć odrobinę czasu na to. Nie jestem gadżeciarą i książki uznaję tylko i wyłącznie w tradycyjnej, książkowo-namacalnej postaci:-).
Uwielbiam zapach druku, dotyk kartek i ich widok na moich półkach. Trochę staroświecka jestem w tym temacie, ale cóż zrobić.
Poniżej przestawiam Wam dwie z książek, które obecnie czytam i które gorąco Wam polecam:




Rozpisałam się, ale jeśli lubię coś, to przeważnie z dużą intensywnością. A skoro lubię to, że mam swoje pasje, to wyszedł elaborat:-).
Na sam koniec tematu pasji dodam, że moim zdaniem warto je po prostu mieć, nieważne jaką ilością czasu dysponujemy. Umiejętnie organizując sobie nasz czas, można znaleźć choć chwilę w ciągu dnia, by robić coś co lubimy. To nie musi być godzina dziennie. Ja nie mam tyle wolnego czasu by codziennie szyć, czytać czy uprawiać fitness. Robię to wtedy, kiedy mogę. Nazywam to "łapaniem chwil":-).

Z wielką chęcią poczytam o Waszych pasjach, mam nadzieję, że zechcecie się nimi podzielić ze mną w komentarzach.

I tradycyjnie, w końcu to blog szyciowy, przedstawiam Wam kilka zdjęć mojej kolejnej już spódnicy ołówkowej, z kwiatowym printem, którą uszyłam niedawno, z myślą o lecie. Tradycyjnie uszyta jest na podstawie wykroju z Burdy (Burda Klasyka, Spódnica 0004). Spódnica posiada podszewkę (elastyczną, z odrobiną lycry). Materiał zakupiłam w sklepie internetowym Textilmar, jego nazwa to: Marchiano lycra, Jazzy roses.

Bardzo podoba mi się kolorystyka tej spódnicy, jest dość intensywna. Połączyłam ją z białą koszulą oraz białą bluzeczką, dodałam również granatową marynarkę. Dodatków jest niewiele: małe, złote kolczyki z oczkiem w kolorze fuksji i łańcuszek z zawieszą w tym samym kolorze. Spódnica jest moim zdaniem tak bogata poprzez swój wzór, że nie chciałam dopuścić się "kompozycyjnego przeładowania".
Nie obiecuję, że to moja ostatnia spódnica ołówkowa na tym blogu, bo pewnie popełnię ich jeszcze wiele. Postaram się jednak przeplatać to innymi uszytkami:-).

Życzę Wam udanego, ciepłego,słonecznego tygodnia i pozdrawiam ciepło.


















Fot. mąż, ja